piątek, 27 maja, 2022
spot_img

„Życie pisze najlepsze scenariusze. Nawet nie marzyłam o malowaniu murali” [wywiad]

Kamila Lipka – wychowała się w Mrągowie, ale obecnie swoje zawodowe życie związała głównie z Warszawą. Od kilku lat w wielu miastach w Polsce można zobaczyć murale, do których przyłożyła swoje pędzle a nawet ręce. Jak wygląda praca przy muralach realizowanych między innymi na zlecenie Netflixa?

Mateusz Kossakowski: Zacznijmy banalnie, żeby mieć to już za sobą – masz lęk wysokości?

Kamila Lipka: Miałam i to baaardzo duży. Pamiętam jak kilka lat temu byłam na wycieczce i musiałam przejść przez zaporę wodną w Solinie. Tak bałam się wysokości, że nie byłam w stanie iść w wyprostowanej pozycji. Do dzisiaj nie wiem jak ostatecznie to zrobiłam, ale prawdopodobnie był to niecodzienny widok. Jednak chęć malowania była we mnie dużo większa niż strach. O ile przy pierwszym muralu, chyba na 7-piętrowym budynku, nie weszłam na samą górę, tak teraz już się do tego przyzwyczaiłam. Zresztą teraz najbardziej lubię malować na samej górze.

MK: Na jakiej najwyższej wysokości do tej pory malowałaś?

KL: To był 12-piętrowy budynek, 18 poziomów rusztowania… Zejście i ponowne wejście zajmuje sporo czasu i energii.

Widok z 12-piętrowego budynku

MK: Czy praca na wysokości wiąże się z jakimiś dodatkowymi problemami? Są zasady, o których warto pamiętać?

KL: Oczywiście, trzeba być bardzo ostrożnym. Jestem osobą, która na wysokości przystosowanej do normalnego człowieka, czyli wysokości gruntu, co chwilę się potyka, a zimą, jakby ktoś nagrywał moje spektakularne tańce na lodzie, to byłabym teraz prawdopodobnie gwiazdą internetu i na inny temat byśmy rozmawiali, ale w pracy na rusztowaniu skupiam się w 100 procentach na bezpieczeństwie. To podstawa. Namalowałam już ponad 100 murali na różnych wysokościach i na szczęście nic poza tym, że regularnie dostaję klapą w głowę (zawsze mam kask), mi się nie stało.

Zawsze trzeba patrzeć czy klapa przy drabinkach jest zamknięta, żeby nie wejść nogą w dziurę i ogólnie patrzeć pod nogi i nie wariować. Ważna jest też oczywiście komunikacja pomiędzy osobami na rusztowaniu, ale to już mamy opanowane i ja, mimo wysokości, zawsze czuję się bezpiecznie w pracy.

MK: Poszukajmy twoich artystycznych początków. Pamiętam niektóre twoje dzieła jeszcze z czasów licealnych, kiedy tworzyłaś m.in. scenografię do spektaklu w ramach Powiatowego Turnieju Szkół. Pamiętasz jeszcze swoje pierwsze rysunki/obrazy? Od czego się twoja twórczość zaczęła?

KL: Tak to była piękna scenografia. Aż żałuję, że nie mam zdjęć tego kominka wykonanego z kartonów (śmiech). Może efekt nie był super, ale pamiętam, że dobrze się przy tym bawiłam i w ten sposób mogłam dołożyć coś od siebie w tym przedstawieniu, bo niestety żadna ze mnie aktorka. Nie mam rysunku, do którego mam szczególny sentyment, ale rzeczywiście odkąd pamiętam, rysowałam i angażowałam się w plastyczne inicjatywy.

Posiadam jakąś mglistą wizję z dzieciństwa, że ktoś mojej mamie powiedział o moim konkursowym rysunku wiszącym w olsztyńskim McDonaldzie. Pewnie to był żart albo mi się to przyśniło, ale nadal chce w to wierzyć!

MK: Spoglądając w biografie innych osób można odnaleźć różne przyczyny wybrania konkretnych dróg życiowych. A skąd w tobie potrzeba artystycznej kreacji?

KL: Nie wiem. Chyba po prostu to najbardziej mi wychodzi i to kocham. Nie wiązałam z tym jednak przyszłości zawodowej, wcześniej traktowałam to jak hobby. Życie ułożyło mi się jednak w taki sposób, że żyję wyłącznie z malowania. To najlepszy możliwy scenariusz, którego bym się nigdy nie spodziewała.

Nie wiem czy mam jakąś szczególną potrzebę kreacji. Chyba nie. Nie narzucam sobie żadnej presji. Po prostu przychodzi to naturalnie. A jak przy okazji zrobię coś, co się komuś podoba, a moi najbliżsi są ze mnie dumni, to najlepsza nagroda.

MK: Mimo wszystko wybrałaś studia inżynierskie a nie typowo artystyczne. Dlaczego?

KL: Podejmując decyzję byłam zwyczajnie za młoda. Uwierzyłam powszechnej opinii, że po malarstwie na ASP nie da się zarabiać. Poza tym chciałam mieć studia inżynierskie, techniczne połączone z artystycznymi. Wydawało mi się to trudne, a ja zawsze byłam ambitna. Myślałam, że to cel, który muszę osiągnąć.

Podczas studiów architektury krajobrazu, zrozumiałam, że to nie to co chcę w życiu robić. Mimo wszystko je ukończyłam. Wybrałam na specjalizację sztukę publiczną, a pracę magisterską pisałam m.in. o muralach, chociaż wtedy nawet mi się jeszcze nie śniło, że jakiś czas później sama będę je malować (śmiech).

Niczego nie żałuję. Wiem na pewno, że nigdy nie zostanę architektem krajobrazu. Studia dały mi jednak sporo przydatnej wiedzy. Poznałam też 3 przyjaciółki, z którymi mam codzienny kontakt od 11 lat i na pewno tak już zostanie na zawsze. Los sprawił, że zarabiam na malowaniu murali.

fot. Michał Dziurkowski

MK: Kiedy po raz pierwszy odkryłaś swoją miłość do murali i street artu?

KL: Późno. Większośc moich znajomych z brażny zaczynało od graffiti i już od dziecka malowali coś na murach. Oczywiście tylko na tych legalnych. Ja się tym nie interesowałam, bo wolałam się uczyć i być grzeczną i odpowiedzialną młodą osobą (śmiech).

W naszych okolicach (powiat mrągowski – przyp. MK) murale były tak naprawdę nieznane, a graffity to nie był mój świat. Nie umiem malować sprejami, zresztą nawet nie próbuję. Zostawiam to specjalistom. Ja maluję pędzlami i wałkami.

Pierwszy mural na żywo zobaczyłam chyba dopiero jak przeprowadziłam się do Warszawy na studia. Pomyślałam, że fajnie to wygląda, ale naprawdę nawet przez myśl mi nie przemknęło, że to będzie moja przyszłość.

Później zaczęłam oglądać murale w internecie. Zakochałam się, pewnie jak każdy na początku, w muralach Etam Cru (polski duet tworzący murale: Mateusz Gapski i Przemek Blejzyk – przyp. MK). Zresztą Sainer (pseudonim artystyczny Przemysława Blejzyka – przyp. MK) do tej pory jest moją platoniczną miłością. Na poważnie o muralach zaczęłam myśleć dopiero parę lat temu, gdy zaczęłam pracę w Good Looking Studio (polska międzynarodowa firma specjalizująca się w dziedzinie ręcznie malowanych reklam i murali artystycznych – przyp. MK). To też zresztą przypadek, chociaż nie wierzę w przypadki. Aplikowałam tam na grafika komputerowego, ale po zobaczeniu mojego portfolio, zapytali mnie czy nie chciałabym przyjść na egzamin z malarstwa, żeby docelowo malować murale.

To był pierwszy impuls. Nie wahałam się ani chwili, spróbowałam swoich sił, przeszłam rekrutacje pozytywnie i tak zaczęła się moja przygoda, która trwa do tej pory. Niedawno założyłam nawet własną firmę tworzącą murale.

MK: Czy ten zawód wymaga jakiś specjalnych predyspozycji?

KL: Tak, zdecydowanie. Co oczywiste trzeba umieć malować, ale bardzo ważne jest by dodatkowo posiadać umiejętność widzenia jak namalować coś z bliska, żeby z daleka wyglądało to równie dobrze. To zupełnie inne malowanie niż na płótnie i to w tej pracy lubię najbardziej. Myślę, że szybko się tego nauczyłam, dlatego bardzo szybko zrobiłam ogromny progres.

Poza tym trzeba lubić taki tryb życia. To nie jest praca od 8 do 16 w czystym biurze z darmową kawą i owocami. Trzeba nastawić się na to, że jest to praca nieregularna (np. nie maluje się podczas deszczu). Warto przyzwyczaić się też do tego, że ludzie pytają czy to taka moda, że ma się całe ubrania w farbie (śmiech).

Przede wszystkim jest to jednak bardzo ciężka praca fizyczna. Można sobie wyobrażać, że siedzimy na świeżym powietrzu i po prostu machamy pędzelkiem, ale pracujemy w różnych warunkach pogodowych: od minusowych temperatur w zimę po letnie upały. Malowanie muralu to też praca wałkiem, często trzeba najpierw zrobić podkład na ścianie –to bardzo męczące fizycznie i nie ma w tym nic z pracy artystycznej. Nie wspominając już o noszeniu ciężkich narzędzi, farb.

Nie narzekam bo to kocham, ale chciałabym, żeby ludzie mieli też tego świadomość.

fot. Żaneta Steiner-Bogdaszewska

MK: Z roku na rok liczba murali w Polsce się powiększa. Jeszcze kilkanaście lat temu sztuka malowania budynków była jednak bardziej utożsamiana z graffiti? Czujesz się trochę takim miejskim wandalem? 

KL: Nie, tak jak wcześniej wspominałam nie maluję graffiti. Maluję tylko murale na legalnych ścianach, zawsze ze wszystkimi pozwoleniami. Może to nudne, ale zawsze byłam za przestrzeganiem zasad (śmiech).

MK: Gdy przechadzasz się ulicami zwracasz jeszcze uwagę na estetykę polskich miast? Zauważasz zmiany?

KL: Zdecydowanie. Murale są coraz bardziej popularne. Bardzo dużo jest ich np. w Łodzi, wręcz mural na muralu, ale dużo dobrych, co mnie cieszy. Niestety zdarza się też bardzo dużo źle namalowanych murali, które psują estetykę otoczenia.

Nie chciałabym, żeby murale i graffiti były wrzucane do jednego wora, bo o ile znam wielu super grafficiarzy i malarzy, którzy robią piękne rzeczy, to jest to coś naprawdę trudnego i nie każdy potrafi to robić. Trzeba mieć nie tylko zaplecze artystyczne, ale też techniczne. Mieć sprawdzone sposoby na to jak przenieść projekt na ścianę, złapać proporcje itp. Nie da się tego zrobić „z ręki” na wielkiej ścianie, dlatego trzeba się na tym znać, żeby podejmować się takich wyzwań.

MK: Gdzie twoje prace można oglądać? Z czego do tej pory jesteś najbardziej zadowolona?

Na początku byłam dumna z każdego muralu, w którym mogłam postawić chociaż kreskę i dziwiłam się osobom z którymi pracowałam, że jest to już dla nich takie obojętne. Po takiej liczbie namalowanych murali też już jednak trochę przestałam się na tym skupiać. W Good Looking Studio maluję głownie reklamy, które po miesiącu są zamalowane przez następne, więc sentyment do nich w tej sytuacji jest niewskazany.

Byłam natomiast dumna, że Bruno Neuhamer zaprosił mnie do malowania jego muralu upamiętniającego Jana Lityńskiego. Bardzo podobał mi się projekt Bruna. To była przyjemna, szybka realizacja. Mural można zobaczyć w Warszawie przy ulicy Ogrodowej.

Mural upamiętniający byłego działacza opozycji antykomunistycznej i posła Jana Lityńskiego; autor muralu Bruno Neuhamer

Z sentymentem wspominam również to, że prekursor street artu w Polsce Mariusz Libel poprosił mnie o pomoc przy malowaniu 3 murali. To było dla mnie bardzo wartościowe doświadczenie.

Poza tym każdy mój prywatny mural, nawet we wnętrzach przynosi mi satysfakcję, bo wiem że sama byłam za to odpowiedzialna od początku do końca. Od rozmowy z klientem do sprzątania.

Mam w planach coś dużego. Jak się uda, to wtedy będę się chwalić, ale na razie nie chcę zapeszać.

MK: Jak wygląda twój typowy dzień pracy?

KL: Wstaję wcześnie, zakładam brudne ciuchy, całe pochlapane farbą, unikam spojrzeń ludzi w autobusach, ale zazwyczaj mam miejsce tylko dla siebie, bo nikt nie chce siedzieć koło takiego brudasa (śmiech). Rano piję kawe ze znajomymi, których bardzo lubię i wchodzimy na rusztowanie. Każdy wie co ma robić, bawimy się 8 godzin i do domu. To ciężka, ale satysfakcjonująca praca.

 MK: Ile powstaje jeden mural?

KL: Zależy od projektu i wymiarów ściany, pogody itp. Powiedzmy, że ok. 300m2 ściany, przy super realistycznym projekcie, jesteśmy w stanie zrobić tydzień przy pracy 5 osób. Nie jest to normalne tempo. Ludzie z Good Looking Studio malują bardzo szybko. Wraz z doświadczeniem też tak szybko nauczyłam się malować. Jak mam jakieś prywatne zlecenie we wnętrzu, to zajmuje mi zazwyczaj parę godzin i zawsze spotykam się ze zdziwieniem klienta.

MK: Co najbardziej lubisz malować?

KL: Zdecydowanie portrety, ale jak jestem bardzo zmęczona, to lubię też literki albo malowanie wałkiem na płasko. Wtedy można się odciąć i nie myśleć.

MK: Masz jakichś swoich ulubionych artystów? Czym się inspirujesz?

KL: Tak jak wspominałam moim muralowym idolem, też z sentymentu, bo jego murale widziałam jako pierwsze, jest Sainer, ale jest wielu uzdolnych muralistów na świecie. Jestem w szoku jakie rzeczy można robić na ścianach i marzy mi się, żebym kiedyś miała podobne portfolio. Często oglądam murale, głownie na Insagramie, żeby być na bieżąco i zbierać inspiracje, bo tam jest tego najwięcej.

MK: Warszawa, Wrocław… a co z województwem warmińsko-mazurskim? Chciałabyś kiedyś wykonać jakąś swoją pracę na Warmii lub Mazurach?

KL: Bardzo! To jest teraz mój główny cel i marzenie. Chcę namalować mural na bloku w Mrągowie. Dostałam nawet taką propozycję. Jest to wciąż na wstępnym etapie. Pomysł powstał jako inicjatywa mieszkańców. Wierzę, że ostatecznie projekt dojdzie do skutku i uda mi się go zrealizować. W naszych okolicach jest mało murali, a dużo ściań, więc mam nadzieję, że będę mogła kilka z nich zamalować.


Powiązane artykuły

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Media Społecznościowe

5,231FaniLubię
1,524ObserwującyObserwuj
121SubskrybującySubskrybuj

Najnowsze artykuły

Najnowsze komentarze